Przez chwilę nie wiedziałem, o czym jest ten blog, ale to się już zmieniło. To jest blog dla ludzi, którzy z braku własnych, nudnych i płytkich przemyśleń lubią czytać cudze. Zapraszam. Poczujecie się tu cudownie.
RSS
niedziela, 27 września 2009
FlashForward 1x01: obiecujący początek

Wczoraj obejrzałem pierwszy odcinek nowego serialu ABC "FlashForward" i po nocy rozmyślań nad jego jakością i sensem poniżej zbieram swoje uwagi:

1. FF zadebiutował w bardzo obiecujący sposób. Wyraźnie twórcy odrobili lekcję z 24 godzin i nie zapomnieli, czym zdobyli widzów Lost. Mocny początek, zawikłana fabuła i solidny cliffhanger. Jeśli dobrze pamiętam, po pierwszym odcinku Lost czułem się bardzo podobnie, jak wczoraj po FFs01e01.

2. Problem z takim serialem może być tylko jeden - autorzy skupili się na fascynującym punkcie wyjścia, ale olali fabułę. Na razie rysuje się co najmniej kilka bardzo ciekawych wątków i mam nadzieję, że dalsze odcinki będą trzymać poziom pierwszego. Nie będzie to wcale takie proste, wydaje się bowiem, że ewentualny kolejny flashforward (przyszłościowgląd?) nie będzie już dla widza równie emocjonujący.

3. Wymyśliłem to sam, ale widziałem już na różnych forach, więc to nic szczególnego, ale warto zwrócić na to uwagę. Wszystkie flashforwardy przeniosły świadomości bohaterów do dnia 29 kwietnia 2010 (godzina 22.00 czasu LA). 29 kwietnia wypada w czwartek, dzień w którym ABC emituje nowe odcinki. Jest bardzo prawdopodobne, że to nie przypadek - tego dnia właśnie wyemitowany zostanie ostatni (pewnie dwudziesty czwarty) odcinek pierwszej serii. To z kolei oznacza, że serial będzie miał kilkutygodniową przerwę (bo do końca kwietnia jest zostały jakieś 32 tygodnie).

4. Wydawać by się mogło, że osiowym sporem filozoficznym dla serialu będzie spór o wolną wolę. Moim zdaniem sprawa nie jest taka jednoznaczna. Zastanówmy się bowiem, co tak naprawdę bohaterowie powinni zobaczyć w swoich wizjach. Otóż, moim zdaniem, powinni zobaczyć siebie sprawdzających, czy wizje się sprawdzają. Jeśli mam wizję, że za 6 miesięcy dokładnie o godzinie 22.00 będę robił to lub tamto, to przecież jest oczywiste, że jak tylko ten moment przyjdzie to będę się zastanawiał czy wizja była w stu procentach zgodna. Jak można przegapić taki moment?! Tymczasem we wszystkich wizjach ludzie coś po prostu robią, tak jakby wcześniej nie mieli wizji! Czy oznacza to dwie równoległe linie czasowe? Jedna to ta, która doprowadza do sytuacji z wizji, druga to ta, która wizje zawiera. To by tłumaczyło, dlaczego nikt 29 kwietnia nie zwrócił uwagi, że właśnie jest TEN moment, który przed 6 miesiącami widzieli. Ale nad czym w takim razie pracuje główny bohater? On przecież w sposób ewidentny pracuje nad wizją, a więc wie, że miała ona miejsce. Jednak nie zwraca uwagi na to, że to TEN moment. Nie przygotowuje się do tego, że idą po niego kolesie z karabinami. Mam nadzieję, że scenarzyści mają świadomość tego paradoksu i jakoś zgrabnie z niego wybrną. Ja mam kilka koncepcji, ale jeśli chcą, żebym im pomógł, to niech sami do mnie dzwonią. Jak nie mają mojego numeru, to niech im Steven da. Albo George, albo J.J.

5. Oglądając pierwszą serię 24 godzin załamywał mnie fakt, że Polska wciąż leży na marginesie światowej popkultury. To, co ciekawe docierało do nas z rocznym lub większym opóźnieniem, kiedy cały świat interesował się już czymś zupełnie innym. Internet wszystko zmienił. Dziś nie muszę już czekać, aż któraś z polskim telewizji postanowi zarobić na FF, mogę obejrzeć to, co najbardziej aktualne w tym samym czasie co Amerykanie, Anglicy, itd. I mogę z nimi o FF rozmawiać. Jestem w centrum popkultury, ale ma to swoje wady. Znowu trzeba czekać przez tydzień na kolejny odcinek! Poza pierwszą serią 24 godzin, to wczesne sezony Lostów i Bauera oglądało się ciurkiem - one od dawna istniały, a my je dopiero "pozyskiwaliśmy" - wszystkie odcinki naraz. Bycie w centrum ma swoje wady. Znowu ogląda się seriale tydzień po tygodniu. Oby warto było czekać.

 

18:42, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2009
Jesień i dużo pracy

Dziwna sprawa. Pierwszy raz w życiu nie przeszkadza mi fakt, że kończy się lato i zaczyna jesień. Mało tego, wygląda na to, że odkąd skończyły się upały i powiało jesiennym chłodem to jest mi dużo lepiej. Czy to już ta słynna dorosłość, o której tyle się teraz mówi?

Druga sprawa jest jeszcze dziwniejsza. Odkryłem sposób na skrajną niechęć do poniedziałków (i niedziel). Wiadomo o co chodzi - najlepszy moment tygodnia to piątek godzina 17. Potem jest już tylko gorzej. Niedziela upływa w oczekiwaniu na nieuniknione - poniedziałek. W ostatnich tygodniach dużo pracowałem i odkryłem że pracujące weekendy są znakomitym rozwiązaniem. Dziś jest siedemnasty kolejny dzień, który spędzam w pracy i muszę powiedzieć, że czuję się dość komfortowo. Przestało mieć dla mnie znaczenie, jaki jest aktualnie dzień tygodnia, ponieważ i tak pracuje i tak. Przedwczorajszy poniedziałek nie był dla mnie nawet w połowie tak paskudny jak wiele wcześniejszych - tych, które nastąpiły po wolnych niedzielach.

14:31, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Przypuszczenia

Oglądałem w ubiegłym tygodniu kilka relacji z mistrzostw świata w lekkiej atletyce i w jednym przypadku dałem się poważnie nabrać. Nie chce mi się szukać o którego ze sportowców chodziło, dość powiedzieć, że sprawcą zamieszania był czarnoskróry biegacz. Brał udział w finale swojej konkurencji, pobiegł znakomicie, bieg wygrał, a zaraz za metą zrzucił buty i rundę honorową pokonał boso. Ja, głupi, pomyślałem sobie, że łatwiej biega mu się boso, może tak jak Pele i inni piłkarze z Brazylii uczą się grać bez butów (bo ich nie stać), tak i on swoje pierwsze dystanse pokonywał boso. Na zawodach biega w butach, bo dają przewagę, ale bardziej komfortowo biega mu się boso. Zobaczyłem w tym geście chęć zwrócenia uwagi widzów na pozasportowe aspekety wygrywania, od lat mówi się przecież, że dla dzieci z biednych części świata sport jest wielką szaną na bogate życie. Oto po raz kolejny sport miał szansę okazać się czymś więcej niż tylko się wydaje.

Niestety, przed paroma chwilami dotarło do mnie, że być może dokonałem bolesnej nadinterpretacji. W artykule o Usainie Bolcie przeczytałem, że firmy produkujące sprzęt sportowy zapisują w kontraktach z zawodnikami konieczność pokazania swoich butów po wyścigu! Więc nie żadne sentymenty za biednym dzieciństwem, ale chęć wypełnienia zobowiązań kontraktowych powodowała moim bohaterem!

Trochę przykro, ja myślałem o rzeczach szczytnych, a okazuje się, że chodziło o reklamę.

15:37, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 sierpnia 2009
Odpowiedzialność za słowo

Wielu osobom wydaje się, że słowa wypowiedziane w internecie znaczą nieco mniej niż te, które wypowiadamy poza nim. Z tego powodu w świecie witualnym dużo łatwiej jest nam podzielić się z resztą świata przemyśleniami, które w rzeczywistości pozostawilibyśmy dla siebie. Problem polega na tym, że o ile kiedyś można było dyskutować nad anonimowością w internecie, bo nie każdy w prosty sposób odgadywał kto kryje się za nickiem smok31, o tyle w dobie facebooka anonimowości nie ma już za grosz, bo 3/4 uzytkowników (pewnie nawet więcej) podpisuje się tam imieniem i nazwiskiem. Stare przyzwyczajenia jednak pozostają, czego efektem są czasem takie oto przykre zdarzenia:

Źródło: http://applicant.com/how-to-lose-a-job-via-facebook-in-140-characaters-or-less/

Dla mniej obeznanych ze światem w wersji 2.0 - obrazek przedstawia status użytkownika facebooka i jeden z komentarzy do niego. Wyraźnie autorka niefortunnego statusu zapomniała ustawić w opcjach, by osoby nie będące jej znajomymi nie widziały jej statusów lub, co gorsza, ustawiła sobie taki status mając swojego szefa jako osobę znajomą.

12:42, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2009
Przereklamowanie

Haagen-Dazs. Podobno najlepsze lody na świecie. Ale czy na pewno? Wiele firm marzy o tym, by mieć równie dobrą renomę co wspomniane lody. Któż by nie chciał, by jego produkt jednoznacznie kojarzył się ze słowem "najlepszy". Wiele firm nie ma to żadnych szans, często bez względu na faktyczną jakość ich produktu, po prostu takie cuda zdarzają się bardzo rzadko. I bardzo dobrze, także dla tych firm. O ile bowiem otrzymanie miana "najlepszy" graniczy z cudem, to sprostanie oczekiwaniom klientów, którzy skuszą się na dany produkt jest już po prostu niemożliwe.

Lody Haagen-Dazs są dobre, być może nawet bardzo dobre. Gdybym je zjadł nie wiedząc, że to one, to bez wątpienia uznałbym je za znakomite. Pewnie spytałbym jakie to lody i chętnie zjadłbym je jeszcze raz. Wiem, co mówię, na lodach znam się jak nikt inny, kiedyś pojechałem nawet do Wiednia, żeby spróbować lodów od Tischego - także ponoć najlepszych na świecie.

Mój problem z Haagen-Dazs polega na tym, że ja się spodziewałem kulinarnego orgazmu. Fajerwerków, czegoś z czym jeszcze nie miałem do czynienia. I tego nie dostałem. Dostałem dobre lody i to jest wielka sprawa. Ale czy to były najlepsze lody na świecie? Śmiem wątpić. W efekcie zamiast cieszyć się dobrym deserem, zmartwiłem się, że ominęło mnie doznanie ponadprzeciętne, przekraczające wszystko, co lody dały mi do tej pory. Haagen-Dazs to lody dobre, ale nie sprostały swojej legendzie.

Sprawa ma oczywiście szerszy kontekst. Nie wiem jak innym, ale mi najbardziej podobały się np. te filmy, co do których nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Dwa przykłady - "The Full Monty" i "Good Will Hunting". Oba zacząłem oglądać bez przekonania, oba mnie zachwyciły. I sytuacja odwrotna - film "Rushmore". Ileż ja się nasłuchałem o tym filmie, że genialny, że rewolucyjny. Z takim nastawieniem zacząłem go oglądać i wcale mi się nie podobał. Nastawienie zdecydowało o wszystkim.

Konsekwencje tej konstatacji są ponure. Ile razy mam okazję rozmawiać o czymś co mnie zachwyca to rezygnuję z wyrażania przesadnych zachwytów. Jeśli chcę by ktoś moją fascynację podzielił, to muszę swój entuzjazm trzymać na wodzy. W innym razie nastwienie mojego rozmówcy może przesądzić o jego odbiorze danej rzeczy. Ja mu naopowiadam, jaki to cudowny jest film, on uzna, że zaraz obejrzy istne arcydzieło, a potem się okaże, że film go zawiódł.

Z tego punktu widzenia, mit o tym, że Haagen-Dazs to najlepsze lody na świecie, jest być może największą marketingową wtopą wszech czasów.

12:32, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 sierpnia 2009
teatrtelewizji.pl

Po istnieje telewizja publiczna? Ponieważ musi pełnić misję. Misja polega na tym, że w imię wyższego dobra telewizja emituje treści, których nikt nie chce oglądać. Nikt, to znaczy grupa widzów, która jest mniejsza niż najmniejsza grupa opłacalna. Nikt nie chce się reklamować, bo target mało zainteresowany rozpasaną konsumpcją. Telewizje komercyjne nie emitują teatru telewizji, bo spadłaby ich rentowność. Nie ma w tym nic niestosowanego, ich zadaniem jest maksymalizowanie zysku. Z tego powodu teatr telewizji można oglądać tylko w telewizji publicznej. Dzięki temu wiemy, że celem istnienia telewizji publicznej jest realizacja misji. To dobrze, że problem celów istnienia telewizji publicznej w ogóle jest omawiany. Jak na przedsięwzięcie warte rocznie blisko miliard złotych to perspektywa co najmniej poprawna. Warto jednak zaraz obok pytania o cele postawić sobie pytanie o efektywność narzędzi ich osiągania. Owszem misja jest ważna. Zarówno teatr telewizji, jak i filmy Bergamana, a także pozostałości po Pegazie powinny docierać do ludzi, którzy lubią takie rzeczy oglądać. Ale dlaczego ma się to odbywać przy użyciu tradycyjnej telewizji? Dlaczego nie skorzystać z możliwości, które dla upowszechniania kultury wymagającej stwarza internet?

Mam dziwne przeczucie, że pieniądze, które rok po roku przeznacza się na telewizję możnaby zainwestować w rozwój internetu w Polsce, a także w budowę serwisów internetowych (działających jak instytucje kultury), które umożliwiałyby oglądanie np. teatru telewizji. Na stronie teatrtelewizji.pl mogłby  się co tydzień pojawiać nowe spektakle - umieszczane tak jak youtuby lub inne tego typu rozwiązania. Spektakle mogłby być do pobrania np. za jakieś pieniądze. Oglądasz za darmo, pobierasz za kasę. Podobnie mogłby być z filmami Bergmana, których i tak w HD obejrzeć się nie da. W sam raz do internetu.

Takie rozwiązanie i tak wcześniej czy później zostanie wymuszone przez rozwój internetu i rozwój telewizji jako medium w ogóle. Granica między tymi mediami będzie się zacierać. Internet będzie coraz bardziej dostępny, łącza coraz mocniejsze. Z resztą nie tylko rozwój technologii będzie tu katailzatorem, ale także rozwój społeczny w warunkach web 2.0. Dziś doświadczenie telewizji to nie tylko oglądanie. Równie ważne jest rozmawianie o telewizji. Strona teatrtelewizji.pl umożliwi nie tylko oglądanie spektakli, ale także ich komentowanie, udział w dyskusji. To być może czynnik dużo bardziej istotny.

10:10, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 lipca 2009
Californication s01

Od soboty przymierzam się do tekstu o Californication. Skomplikowane dzieło to i tekst powienien być skomplikowany, ale nie umiem takich pisać, więc będzie prosto.

1. Tak, ten tekst mógłby nadawać się na bloga "To, co mnie naprawdę fascynuje". Californication zrobiło na mnie znakomite wrażenie. Przede wszystkim jako serial - żart. Żart z widza, którego bez przerwy usiłuje się wkręcić, że to serial o seksie. Lektura komentarzy, recenzji itd o Californicatrion utwierdziła mnie w przekonaniu, że większość dała się nabrać. To niewątpliwy sukces twórców, pokazujący jak wiele pracy czeka nas jeszcze na drodze ku pełnemu wyzwoleniu seksualnemu. Rewolucja trwa, ale końca jeszcze widać. Wystarczy w większym niż w "Plebanii" stopniu poopowiadać o masturbacji i seksie analnym z sekretarką i już mamy bezprecedensowy serial o wyuzdanym seksie. Duża pomyłka.

2. Californication to serial o wielu rzeczach. Przede wszystkim o miłości. Miłość Hanka do Karen to główny wątek serialu. Coż z tego, że Hank notorycznie sypia z innymi kobietami, skoro prawdziwą wartość ma dla niego tylko związek z Karen. Związek niezwykły i faktycznie wartościowy, niełatwy, ale inspirujący (dosłownie). Ktoż by takiego nie chciał?

3. Californication często zarzuca się szowinizm (np. Popcorner). Nic bardziej błędnego, Hank nie traktuje swoich codziennych partnerek przedmiotowo, on przedmiotowo traktuje seks z nimi. Jak rozmowę przy drinku albo w autobusie. Seks nie jest bowiem istotą jego życia (jest nią Karen i pisanie). Tylko ktoś, dla kogo świat kręci się wokół seksu może uznać, że Californication epatuje szowinizmem.

4. W jednej z rozmów na temat Californication pojawił się zarzut, że serial jest zbyt sentymentalny. Muszę się zgodzić, przy całej bezwstydnej formie, ton całości nadają sceny, w których przy wzruszającym podkładzie muzycznym główny bohater przeżywa fakt, że jego była dziewczyna wychodzi za mąż za skończonego palanta. Swoją drogą to drugi zarzut. O ile Hank i Runkle to postaci wielowymiarowe, o tyle Bill jest dupkiem tak jednoznacznie jak tylko można to sobie wyobrazić. Szkoda, byłoby ciekawiej, gdyby Bill budził w widzu uczucia jednoznacznie pozytywne. Byłoby więcej zamieszania.

5. Californication to także serial o kryzysie małżeństwa. Tutaj główne role grają Charlie i Marcy. Wiele się dzieje, ale kończy się dobrze, tu też miłość ostatecznie wygrywa. Nie jest to miłość z "Pani domu", ale i tak wydaje się dziwnie prawdziwa i wiarygodna.

6. Dłuższą chwilę zastanawiałem się jak ocenić zakończenie serialu. W pierwszej chwili odnajdywałem tylko argumenty przeciwko, ale z czasem stwierdziłem, że choć zakończenie jest trochę przesłodzone (po tak dobrym i naprawdę emocjonalnym odcinku!), to jest także niezwykłym wyzwaniem dla scenarzystów w kontekście drugiego sezonu. No bo co teraz, skoro Hank stracił 50% uroku? Drugi sezon w całości w sobotę tylko w GregTV :-)

12:54, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
Jolanta

W nowym sondażu GW Jolanta Kwaśniewska wygrała z Tuskiem. Zaskakujące i zmuszające do spisania kilku wniosków.

W porannym programie w TOK FM komentatorzy (Durczok, Kobosko, Szostkiewicz, Kolenda-Zaleska) sformułowali tezę, że sondaż należy traktować wakacyjnie i w innych niż polityczne kategoriach. Ich zdaniem wynik jest interesujący, ale z socjologicznego lub kulturowego punktu widzenia. Kandydatury Kwaśniewskiej nie traktują poważnie, sądząc, że w rzeczywistej walce o władzę nie miałaby żadnych szans.

Do dziś i ja tak myślałem. Byłem pewien, że o Kwaśniewskiej jako polityku można powiedzieć tylko jedno. Że jest kandydatem bez właściwości. Nic o niej nie wiadomo, w czasie kampanii musiałaby się opowiedzieć po czyjejś stronie w kilku osiowych dla polskiej opinii publicznej sporach. Aborcja, podatki, rola kościoła itd. Dziś Kwaśniewska może się wydawać sympatyczna i z klasą, ale jutro połowa jej sympatyków się od niej odwróci, zaraz po tym jak się dowie, że Kwaśniewska ma inne niż oni poglądy. Tak myślałem przez długi czas, aż do dziś, kiedy wymyśliłem, w jaki sposób ten fajny potencjał, który niewątpliwie posiada przekuć na prawdziwy sukces. Jak to, co wydaje się jej słabością zamienić na sukces.

Trudno sobie rzeczywiście wyobrazić Kwaśniewską w debacie prezydenckiej z Kaczyńskim. To byłaby dla niej zupełnie nowa sytuacja. Ale przecież nie tylko dla niej. Dla Kaczyńskiego również. W gruncie rzeczy dla niego dużo trudniejsza - argumentów merytorycznych tradycyjnie nie ma, ale przecież ostrych, chamskich, takich jak na Tuska, wobec Kwaśniewskiej chyba by nie zaryzykował. Wobec kobiety? Każda ostra, chamska uwaga Kaczyńskiego wobec Kwaśniewskiej, każda insynuacja i dziadek z Wermahtu w żaden sposób nie licowałyby z tradycyjną polską kulturą zachowania wobec kobiety. Nagle mogłoby się okazać, że Kwaśniewska jest pierwszym, jakże wymarzonym, gentlemanem w polskiej polityce. To, że JK nie ma żadnego doświadczenia w polityce to tylko atut z tego punktu widzenia. Kobiety doświadczone w polityce, np. HGW nigdy nie mogłby liczyć na taryfę ulgową.

Fakt, że wobec kobiety-polityka-początkującego nie sposób w Polsce używać tych samych narzędzi politycznej walki, co wobec mężczyzn nie znaczy, że Kwaśniewska nie musiałaby rozwiązać problemu braku poglądów. Ale i na to znalazłaby się rada. Od dawna uważam, że zbijanie kapitału politycznego na konkretnych poglądach jest anachronizmem. Polityków pyta się w debetach (i uchodzi to za szczyt merytoryczności), o to jaki mają pomysł na budowanie autostrad. A skąd oni na miłość boską mają to wiedzieć? Przecież budowanie autostrad nie jest ich zadaniem, oni mają tę budowę ZORGANIZOWAĆ. Jeśli polityk już przed wyborami wie co jest najlepsze dla edukacji to ja już wiem, że dupa z niego, a nie porządny kandydat. Dlatego, gdybym ja kandydował i mnie w debacie spytał ktoś o pomysł na edukację, to bez wahania odpowiedziałbym, że nie wiem. Nie wiem co trzeba zrobić w edukacji żeby było dobrze, ale wiem jak się tego dowiedzieć. Oto polityczny marketing przyszłości - good governance - nie rządzenie, ale "dobre zarządzanie".

To jest naprawdę ciekawa koncepcja - chciałbym żeby premier po wyborach powiedział, że w trzy miesiące robią diagnozę stanu aktualnego i formułują cele. Po pół roku mamy trzy i pół letnie plany działania, w których znajdują się MIERZALNE WSKAŹNIKI sukcesu. Tego pracują tak wszyscy poza administracją państwową. Taki program mogłaby mieć JK. Nowoczesny, prawdopodobnie naprawdę dobry, ale przede wszystkim niezniechęcający wyborców.

Ostatnim problemem byłyby kwetie światopoglądowe, ale w tej akurat materii JK ma ogromne doświadczenie w utrzymywaniu doskonałej równowagi między byciem żoną czerwonego i byciem bogobojną córką kościoła. Niby nowoczesna, niby liberalna, niby światowa, ale przecież katoliczka, w samochodzie z papieżem, "tak mi dopomóż bóg" na zaprzysiężeniu i krzyżyk na szyi.

Dobry będzie z niej prezydent.

11:53, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2009
symbolics.com

W każdym momencie istnienia internetu tylko jedna strona może nosić to miano. W tej chwili jest nią strona symbolics.com. To coś czyni tę stronę niezwykłą, ale czy ktoś będzie umiał odgadnąć co to takiego? Co powoduje, że strona symbolic.com jest tak niezwykła?

12:46, gregthebest
Link Komentarze (1) »
środa, 24 czerwca 2009
What goes around comes around

Nie, nie. To nie jest wpis o Justinie Timerlake'u, chociaż jego piosenka o tym tytule całkiem mi się podobała swego czasu. Ten sam tytuł ma kampania społeczna nawołująca do zakończenia wojny w Iraku i opuszczenia tego kraju przez wojska USA. Sprawa jest ideologicznie bardzo skomplikowana, obie strony w sporze wyjść czy nie wyjść mają trochę racji i obie grzeszą krótkowzrocznością, niemniej ta kampania jest na najwyższym poziomie. W końcu najlepsi artyści są tylko po jednej ze stron (presja grupowa, hmm?). Zdjęcia plakatów można obejrzeć np. tu. Polecam.

16:03, gregthebest
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
statystyka